Loading...

dzien jedenasty – Nafplio…

rano pozegnalismy kemping w Tolo zapowiadajac pani, ze wrocimy za dwa dni- tyle przewidujemy spedzic w pierwszej stolicy Grecji: Nafplio. Przed dalsza droga po Peloponezie chcemy byc wyserwisowani do tzw. zera, poniewaz kolejny postoj z mozliwoscia serwisu bedzie dopiero na wyspie Elafonisos czyli za 5-6 dni od wyjazdu z Tolo.

Droge do Nafplio pokonalismy w niecale 30 minut, zaparkowalismy na nabrzezu portowym- tam gdzie i inne kampery i zaczelismy powoli poznawac miasto. Lubimy w nowym miejscu powloczyc sie bez planu- czesto trafiamy wtedy na perelki dostepne tylko mieszkancom. Snulismy sie uliczkami starej czesci miasta. Zachwycaja kamienice, piekne drzwi, stoliki tawern ustawione wprost na chodniku…

Usmiech na naszych twarzach wywoluja kolory! Wszelkie odcienie blekitow od kobaltu po lazur, zielenie- piekne sa takie rozbielone…ciekawie wygladaja tez kolory malinowe:) Bardzo apetyczna mieszanka.
W wielu miejscach w miescie wisza klatki z kanarkami- przy wejsciach do tawern, na balkonach. Wszedzie rozbrzmiewa ich spiew:)

Zachodzimy do lodziarni gdzie pani slyszac nasz jezyk pyta czy jestesmy z Rosji:) Lody sa wspaniale! Dostajemy dla dziewczynek opatentowane plastykowe rozki, w ktore wklada sie wafelek z lodem i tym sposobem zimna slodycz nie kapie na czlowieka- szczegolnie na Marianne;)

Dochodzimy do schodow wiodacych do mniejszego twierdzy. Wspinamy sie po nich traktujac ten wysilek jako zaprawe przed jutrzejszym wejsciem na wzgorze Palamidi (prowadzi tam 989 schodow! mamy zamiar uderzyc na szczyt we wczesnych godzinach porannych kiedy jest troche chlodniej. teraz temperatura wynosi ponad 33 stopnie).

Powoli roztapiamy sie:) Wracamy wiec do kampera, jemy lekki obiad i wzorem Grekow robimy sjeste: dziewczynki ogladaja film, my planujemy:) Wentylator kupiony przed wyjazdem chlodzi przyjemnie cala nasza czesc jadalna, wiec kazdy ma odrobine wiatru:)

Myslimy, zeby po poludniu pojsc na plaze, ale jakos tak od slowa do slowa postanawiamy, ze zamiast plazowania sprobujemy wejsc na szczyt Palamidi, a rano wracamy do Tolo- tam jest piekna plaza, a tu nie wiadomo co zastaniemy, sprzet plazowy musielibysmy niesc na wlasnych plecach;) Wybieramy wspinaczke;)

Dziewczyny juz od dawna szykowaly sie mentalnie na ten spory wysilek, ale chyba do konca nie zdaja sobie sprawy (my tez!) co nas czeka. Razno jednak i z animuszem udajemy sie w kierunku schodow na wzgorze. Przed wejsciem ciagle w swietnych nastrojach robimy sobie fotke przy agawie i w gore!

Pierwsze pokonane stopnie ciesza, nastepne powoduja, ze przekladamy dziewczyny na strone gdzie nie ma urwiska, a kolejne wywoluja przyspieszone bicie serca…rece nam sie poca, woda leje sie po twarzach, plecach, nogach…uuu panie! nie ma lekko! co kilkadziesiat schodow robimy maly postoj i uzupelniamy wode w organizmach.

Widoki zapieraja dech! Im wyzej- tym piekniej- tym szersza perspektywa!

Co chwile zamieniamy sie stronami, zeby z mokrych dloni nie wypuscic raczek corek. Schody w wiekszosci miejsc sa bardzo strome! Dodatkowo sliskie! Ola pnie sie w gore w ostrym tempie, Krzys ledwo za nia nadaza:) Marianna idzie wolniej- ma najkrotsze nozki z nas wszystkich:) Zadna z nich jednak nie narzeka, nie jeczy…idziemy…

Mijamy roslinnosc jaka zawsze wystepuje w takich niegoscinnych miejscach: opuncje, agawy- niektore kwitna: imponujacy kwiat wydaje agawa!

Powoli trace oddech i wtedy pierwsza para naszego teamu (Krzys i Ola) melduja, ze to juz!!! Widac brame, a za brama kasa;) Mily pan informuje, ze dzieci gratis (ja uwazam, ze w nagrode powinny dostawac upominki na gorze:)), a dorosli 4 euro za ta przyjemnosc:)

Kiedy minelismy kase odkrylismy, ze na sam szczyt to musimy jeszcze sporo schodow pokonac! Tak wiec jest grubo ponad 1000 stopni:)

Chodzimy po calej twierdzy, robimy zdjecia widokow. Widzimy naszego malutkiego teraz kamperka;) Spotykamy rodzine z Polski (Katowice) na szczycie. Rodzice i dwoch synow sporo starszych od naszych corek. Slyszac nasze rozemocjonowane rozmowy domyslaja sie, ze weszlismy po schodach- oni przyjechali autem na sam szczyt. Kiedy upewniaja sie, ze faktycznie wspielismy sie z dziewczynkami schodami tata rodziny zaczyna mi sie tlumaczyc, ze oni tez tak chcieli, ale w sumie jakos tak wjechali autem itd;)) Milcze, ale czuje dume, ze moje panny daly rade!

Kiedy schodzimy w dol mija nas prawie biegnac starszy syn tych panstwa- nasze corki weszly mu na ambicje:) Na samym dole z kolei mija nas ojciec rodziny:)) Postanowil wejsc schodami, zeby udowodnic sobie, ze tez moze!:) Takie skutki wywolaly dwie male dzielne dziewczynki:)
Krzys spuchl z dumy!:) Ja tez:)

Schodzenie w dol powoduje u nas drzenie nog- pracuja miesnie, ktore normalnie nie sa uzywane;) Jeszcze dlugo po zejsciu bedziemy czuc, ze ziemia drzy:)

Chcemy uhonorowac nasze corki wiec prowadzimy je do slynnej w Nafplio wloskiej lodziarni, ktora istnieje tu od 1870 roku! Nazywa sie di Roma. Lody sa bardzo smaczne i …bardzo drogie;) Za 4 porcje placimy 14 euro:) Coz- raz mozemy zaszalec;)

Pozniej powoli, zeby nie byc za wczesnie, idziemy do tawerny, ktorej lokalizacje opisal ktos w internecie. Znalazlam ten opis i wiedzialam, ze jest to cos dla nas:) Rodzinna tawerna, w ktorej stoluja sie tylko lokalni mieszkancy polozona jest daleko od centrum. Klimat jaki panuje w tej dzielnicy kojarzy mi sie uliczkami Lizbony- mimo, ze nigdy w Lizbonie nie bylam:)

Kiedy juz prawie dochodzimy jakas pani widzac, ze sie rozgladamy pyta:”tawerna?”:) Po chwili wola wlasciciela, ktory pojawia sie w drzwiach tawerny wraz z najbrzydszym kotem jakiego kiedykolwiek widzialam!;) Przedstawia nam tego brzydala jako Mister Lilo:) Chwale sie, ze mamy trzy koty, a pan na to z usmiechem “Trzy? ja mam ich dziewiec! plus trzy psy:” Wygral licytacje wiec przystepujemy do konkretow:))

Wybieramy stolik na ulicy…jest spadziscie i klimatycznie. Wieksza czesc kotow placze sie w zasiegu wzroku.

Pan nakrywa stolik obrusami informujac nas przy okazji, ze gotuje tylko dla Grekow, a oni przychodza dopiero po 20 lub 21- my jestesmy o 19:) Nie przeszkadza mu to jednak- rozumie, ze dzieci chodza wczesniej spac:)

Pytamy co poleca, sprawdzamy na naszej sciadze nazwy i co one oznaczaja i uwzgledniamy w zamowieniu prosbe Oli o souvlaki:)

Na stol wjezdzaja po kolei: panierowany, smazony ser z cytryna i chleb podpieczony na grilu. Nastepnie choriatiki- czyli salatka grecka z feta, potem czas na dolmades- sos cytrynowy bije rekord smakowitosci! i na koniec rzeczone szaszłyki:) Do tego karafka bialego wytrawnego wina i dwie duze butle lodowatej wody mineralnej:)

towarzyszy nam Mister Lilo, ktory ma chrapke na souvlaki Olenki:) Zostaje poczestowany przy aprobacie wlasciciela i tenze wlasciciel informuje nas ze smiechem, ze teraz musimy zaplacic za 5 osob- rowniez za Mister Lilo:) Zgadzamy sie na wszystko urzeczeni klimatem, smakiem, atmosfera tego miejsca…:) Jakze zalujemy, ze nie ma takiej tawerny u nas…

Przy stoliku obok nas pija kawe dwie miejscowe panie, na moment wpada sasiad w drodze ze sklepu pytajac z ciekawoscia o nas- czyli xeno:) Z wielka przyjemnoscia wsluchujemy się w spiewny, miekki grecki jezyk.

Na koniec rachunek (zaskakujaco niski- 25 euro!) i niestety czas wracac do kampera:( Zegnamy sie z wlascicielem zapowiadajac nasza wizyte za rok. Pan z nostalgia w oku i glosie wyraza nadzieje, ze za rok bedzie tu i on, i Grecja….bo na razie jak sie wyrazil:”no work, no money, no honey”…

Staczamy sie powoli ze wzgorza, najedzeni, ale nie obzarci…miasto dopiero rozbudza się z popoludniowej sjesty…mamy w ustach lekko cierpki smak wina i cytrynowego sosu… czy jeszcze choc raz w czasie naszej wyprawy trafimy w takie czarowne miejsce..? Oby!

W miare jak oddalamy sie od tawerny “O Pseiras”- wraca do nas swiadomosc rzeczywistosci;) W kamperze normalka;) Czyli bajka i lulu- to panny. My jeszcze siedzimy przed autem, podziwiamy gwiazdy, podswietlone obie twierdze na ladzie i jedna wenecka twierdze na wodzie…

Do miasta Nafplio zjezdzaja sie samochody, a z nich wysypuja sie ludzie glodni kuchnii wrazen piatkowego wieczoru. Jeszcze kilka razy w nocy bedziemy slyszec w polsnie dzwieki muzyki, bedzie nas budzic bouzuki i zawodzacy rzewny grecki spiew…

2 Replies to “dzien jedenasty – Nafplio…”

  1. magda says: 11 lipca 2011 at 08:46

    Halo halo 🙂 co tu taka cisza ? wszystko ok ? ja podróżuję z Wami i czuję się jakbyście mnie po drodze wysadzili ! pozdrowienia magda/hope

  2. Anonymous says: 12 lipca 2011 at 12:28

    dawno nie pisaliście, a my czekamy… 🙂 KasiaL

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

You may use these <abbr title="HyperText Markup Language">html</abbr> tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

*

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.