Rano zauważyliśmy znaczny odpływ:

Ciekawe kogo (lub co?) zasila ten tajemniczy przewód elektryczny…? 😉
Wszyscy jeszcze śpią na Tronchetto, a my robimy poranny obchód terenu i widzimy kampery różnej maści:





Po śniadaniu

Mamy plan, żeby Wenecję odwiedzić jeszcze dwa razy: do obiadu, a potem wieczorową porą. Intryguje nas „People Mover”, który jeździ do Piazzale Roma więc idziemy na przystanek. Jazda jest króciutka, ale bardzo przyjemna- klimatyzowany pojazd bez maszynisty 🙂



Po 3 minutach wkraczamy znowu na teren zaczarowanego miasta…
Dzisiaj idziemy w kierunku Mostu Rialto, potem mamy zamiar odwiedzić Plac Świętego Marka, chcę dziewczynkom pokazać Most Westchnień i bazylikę… Po drodze zatrzymujemy się bardzo często – oczu nie mogę oderwać! Chciałabym usiąść i trwać w niemym zachwycie nad geniuszem budowniczych tego miasta!






Mimo, że taka piękna, Wenecja jest również kiczowata. Nie razi to jednak, ma nawet swój urok 😉

Oczywiście jest również słynne suszące się pranie 🙂

Na każdym rogu można spotkać weneckie maski…


Na Canale Grande ruch jak na Marszałkowskiej, z tą różnicą, że tu wszystko jest przewożone łodziami 🙂

Mniej wygodnie jest w małych uliczkach, a taka śmieciarka też musi przepłynąć…

Restauracje przy Ponte Rialto są luksusowe i oferują takież menu:

Aż chce się przycupnąć 😉

Wchodzimy na słynny most- ziemia nie zadrżała 😉

Jednak dłuższą chwilę kontemplujemy widoki z mostu:



Jesteśmy na tyle wcześnie, że mamy okazję widzieć Wenecję szykującą się do codziennego rytuału. Mijają nas co chwilę panowie ciągnący wózki z towarami- krzyczą głośno „atenzione”!!! Kelnerzy ustawiają stoliki, kładą czyste obrusy…

Jeden mostek, a właściwie jego lokalizacja spodobała nam się szczególnie. Staliśmy na nim długo chodząc z jednej strony na drugą, podziwiając kunszt kierujących łodziami- to było wyjątkowo ciasne i zdradliwe miejsce…




Po tym miłym doświadczeniu przeszliśmy jeszcze kilka kroków i znaleźliśmy się na Placu… a właściwie nie! Nie na placu, a na targu chyba 🙁 Takiego tłumu się nie spodziewałam! Musieliśmy mocno trzymać córki za ręce, żeby nam nie zaginęły!

To była kolejka do Bazyliki…

Oczywiście znalazłam kilka szczegółów, ale nagle zapragnęłam być znowu w ciasnych zaułkach…



Postanowiliśmy, że wracamy do kampera i jedziemy jeszcze dziś po południu do Cesenatico. Wenecję przyjedziemy odwiedzić poza sezonem (o ile istnieje takie pojęcie dla Wenecji;)). Jako transport wybraliśmy tramwaj wodny czyli vaporetto:)
Podobno nie widział Wenecji ten, kto nie miał okazji poznać jej z wody 🙂 Poznajmy więc 🙂






Panny kupiły sobie pamiątki z Wenecji (Made in China) 😉

…i nadszedł czas powiedzieć Wenecji „arrivederci”!

Po czterech godzinach dojechaliśmy do Cesenatico. Jest to niewielkie miasteczko nad morzem, które ożywia się latem. Niedaleko kanału w centrum znajduje się plac dla kamperów- darmowy i z pełnym darmowym serwisem. W ten sposób włodarze miasta zachęcają turystów kamperowych do przyjazdu. Chwała im za to!


Plac okazał się być bardzo korzystnie położony więc niezwłocznie ruszyliśmy na zwiedzanie. Rzeczywiście miasteczko-kurort, dużo kutrów rybackich i bujne życie wieczorne 🙂 Kiedy już wszyscy skończą plażowanie wtedy wychodzą coś zjeść w jednej z niezliczonych knajpek.


Funkcjonuje tu niezwykły sklep…

…w którym wszystkie zabawki są z drewna. Pinokio na rowerze ciągle pedałuje, a pod spodem na monitorze jest wyświetlany film, który pokazuje jak powstają takie pracochłonne cacka.
Przez środek miasteczka płynie kanał, a na nim stoją muzealne eksponaty- trochę jak w Lubece, tylko na mniejszą skalę 😉



Doszliśmy do plaży, a przedtem w porcie zobaczyliśmy w jaki sposób łowi się tu homary i ryby 🙂 W tej metodzie chodzi o to, żeby nie wypływać na morze- to takie połowy stacjonarne 😉

Potem nastąpił ważny moment pierwszego w tym roku zamoczenia stóp w Adriatyku 🙂 Woda ciepła jak zupa!

Spotkaliśmy meduzy…

I odwiedziliśmy latarnię morską 🙂

Z końca falochronu kurort wyglądał tak:


Na plaży dziewczyny mogły oddać się swojej namiętności- czyli zbieraniu muszelek 🙂 Tu też zastał nas telefon od babci z wiadomościami, że koty tęsknią, ale dają rade:)
Wracając mieliśmy szczęście być świadkami pierwszego samodzielnego spaceru pisklęcia mewy.

W gelaterii San Mamolo kupiliśmy wspaniałe lody!
A w drodze powrotnej mieliśmy przyjemność z dwoma tygryskami- na pewno na szczęście! 🙂


Kładąc się spać planowaliśmy jutrzejszą trasę do Fano, kolejnego włoskiego kurortu. Zamierzamy zatrzymać się na placu dla kamperow nad samym Adriatykiem i pozwolić córkom na chwilę beztroskiego szaleństwa przed rejsem do Patry.

No responses yet